czwartek, 30 stycznia 2014

Dla tych, którzy idą Drogą

Polecam Wam zaprzyjaźniony blog pt. Droga na Górę Syjon. Prowadzi go Kamil i jego żona Lena, moi prawosławni przyjaciele z Krakowa - chrześcijanie, którzy zawsze mieli wielki wpływ na moje własne przemyślenia i ludzie, którzy dają wielkie wsparcie... Jeżeli tutaj szukam ewangelicznego katolicyzmu, to u Kamila i Leny znajduję ewangeliczne prawosławie. 

Znalazłem tam ostatnio niezwykłe 55 wskazówek dla chrześcijanina, które obok Evangelii Gaudium Papieża Franciszka, może być prawdziwym przewodnikiem dla człowieka w tych ciekawych czasach. Zacytujmy Drogę na Górę Syjon:
Na znakomitym serwisie Ancient Faith Radio o. Thomas Hopko, znany amerykański duszpasterz i były dziekan Seminarium Św. Włodzimierza, ma swój podcast, a na tym podcaście wspaniałe audycje. Wśród nich znajduje się nagranie Wielki Post - Dziesięcina roku (Lent - The Tithe of the Year), w którym o. Hopko opowiadając o postnym przygotowaniu do Paschy, przedstawia 55 rad dla chrześcijańskiego życia, o które został poproszony. Ponieważ rady te cieszą się niegasnącą popularnością i rzeczywiście wypływają z wieloletniego doświadczenia duchowego życia i jego zmagań, postanowiłem przetłumaczyć je na polski, by udostępnić je polskim czytelnikom. Dla znających j. angielski polecam inne audycje, artykuły i wykłady o. Hopko, tymczasem zaś zapraszam do lektury 55 wskazówek dla chrześcijańskiego życia.
Oto cały wpis z owymi wskazówkami: 


A ja wynotuję te, które dziś wydają mi się szczególnie ważne (choć bez wątpienia każda z tych porad stosuje się do życia chrześcijanina poza widzialnymi podziałami konfesyjnymi):

1. Bądź zawsze z Chrystusem. Ufaj Bogu we wszystkim. Nigdy nie zapominaj o Bogu.

7. Jedz dobre rzeczy z umiarem.

9. Ćwicz wyciszenie, wewnętrzne i zewnętrzne. Zwyczajnie siedź przez kilka minut dziennie w ciszy. Wyłącz wszystkie urządzenia. Otwórz się na Boga. Nie myśl o niczym. Obserwuj myśli, które się pojawiają i zwracaj je ku Bogu.

16. Czytuj dobre książki, po trochu naraz. Nie pochłaniaj ich od razu. Nie czytaj ich po to, by móc powiedzieć „Przeczytałem ją”. Czytaj książki wolno. Czasami czytaj tą samą książkę dwa lub trzy razy – próbując wprowadzić w czyn to, o czym ona mówi.

18. Bądź zwyczajną osobą. Bądź jednym z ludzkiego rodu. Nigdy nie mów: „Dziękuję Ci, Boże, że nie jestem jak inni ludzie.” Staraj się być jak inni jak to tylko możliwe. Bądź zwyczajny. Jak rzekł rosyjski pisarz Czechow: „Wszystko poza tym, co zwyczajne, jest od Diabła.”

20. Zachowaj czystość i porządek w swoim domu. Bóg nie mieszka w bałaganie albo w brudzie i nieporządku. Oczywiście nie musimy być fanatykami zachowywania pedantycznej czystości, ale powinniśmy utrzymywać mądry porządek, przynajmniej w niektórych częściach domu, w których żyjemy, jadamy i zwłaszcza tam, gdzie się modlimy.

21. Posiadaj zdrowe hobby. Znajdź sobie coś, przy czym będziesz ćwiczył swój mózg dla samej radości z tego płynącej.

22. Ćwicz regularnie, musisz się ruszać.

23. Przeżywaj dzień, lub nawet część dnia, naraz. Nie żyj w przeszłości, nie żyj jutrem. Św. Benedykt powiedział: „Rób to, co robisz. Bądź obecny tam, gdzie jesteś.” Co Bóg chce, abym robił właśnie teraz – nie wieczorem, nie jutro rano, nie wczoraj, ale właśnie teraz?

24. Bądź zupełnie szczery – przede wszystkim z samym sobą. Największym grzechem jest kłamstwo, a największym kłamstwem jest kłamstwo dotyczące Boga i kłamstwo o mnie i Bogu. Bądź kompletnie szczery.

29. Bądź wdzięczny. Bądź wdzięczny w każdym położeniu. 
30. Bądź radosny. Zachowuj się pogodnie, nawet jeśli nie czujesz się tak, zwłaszcza w obecności innych.

31. Bądź prosty, ukryty, cichy i mały. Święci Ojcowie powiadają: „Jeśli chcesz być poznany przez Boga, nie staraj się być znany przez ludzi.” I znowu – to prostota, ukrycie, cichość, małość

32. Nigdy nie ściągaj ku sobie uwagi. Nigdy, świadomie, nie ściągaj uwagi ku sobie samemu. Gdziekolwiek jesteś, czyń, co czynią inni ludzie. To szczególnie ważne w Kościele. Gdy idziesz do Kościoła, rób to, co inni ludzie robią. To właśnie św. Ambroży powiedział św. Monice, matce św. Augustyna, gdy spytała: „Co powinnam czynić, gdy udam się do Rzymu?” Odpowiedział: „Rób to, co Rzymianie robią.” Pość, jak poszczą Rzymianie. Stój, jak Rzymianie stoją. Śpiewaj, jak Rzymianie śpiewają.

33. Słuchaj, gdy ludzie mówią do ciebie. Bycie uważnym wobec innych jest jednym z największych darów. Zachowuj umysł trzeźwym i zwracaj uwagę, gdy inni do ciebie mówią.

34. Bądź rozbudzony i bądź uważny. Bądź w pełni obecny tam, gdzie jesteś – trzeźwość, czujność, uważność.

38. Uciekaj przed tym, co cielesne, seksualne na sam jego widok. Nie możesz prowadzić dialogu z żądzą, porneią i niemoralnością cielesną. Ona zawsze wygrywa. Zawsze ma argumenty po swojej stronie. Uciekaj na sam jej widok.

39. Nie narzekaj, nie gderaj, nie szemraj, ani nie jęcz. Narzekanie, myślenie, zwracanie uwagi na braki innych – pracujemy w trakcie Wielkiego Postu i przez całe nasze życie, by z tym skończyć. Skupiamy się na sobie.

40. Nie porównuj się z nikim. Sąd Ostateczny nie będzie od tego zależeć. Bóg nie porównuje nas ze sobą nawzajem. Każdy z nas zajmuje miejsce według tego, kim jest, co otrzymał, co zostało mu dane i co jest jego powołaniem.

41. Nie szukaj i nie oczekuj pochwały z niczyjej strony, ani użalenia się nad tobą przez kogokolwiek. Żadnego chwalenia, żadnego użalania się. Zawsze pragniemy, by ludzie myśleli: „Och, jaki ty jesteś wspaniały” lub by mówili: „O, ale ciężko pracujesz” albo „Ale cierpisz!” Musimy starać się uciekać przed litością i uciekać przed pochwałą innych.

42. Nie sądźmy nikogo za nic – bez względu na wszystko. To nie oznacza, że możemy po prostu powiedzieć: „Wszyscy są dobrzy i w porządku.” To nieprawda. Ale nie potępiamy ich. Nie wiemy, co nimi kieruje. Nie mówimy im cały czas, co mają robić. Pokazujemy ludziom, w co wierzymy, przez to, co czynimy. Ale nie osądzamy nikogo za nic, a jeśli osądzamy, to Pan osądza nas w taki sam sposób.

43. Nie próbuj przekonywać nikogo do niczego. Raz na zawsze powinniśmy przestać próbować pouczać innych ludzi. Nie próbuję was teraz pouczać, mam nadzieję. Próbuję po prostu powiedzieć wam o tym, co uważam za prawdę. Wtedy możecie zrobić z tym, cokolwiek chcecie. Ale nie może być moim pragnieniem przekonać was i zwyciężyć w dyskusji. Mogę tylko – by użyć słowa z Pisma – „składać świadectwo” lub „zaświadczać”. Ale nie mogę mieć za cel nawracania innych. I jest to prawdą nawet w kwestii ewangelizacji. Nie jesteśmy tutaj, by nawracać ludzi. Jesteśmy, by przynosić im radość ze zwycięstwa Boga w Chrystusie. Co z tym zrobią, to jest sprawa między nimi i Bogiem.

49. Miej na każdy dzień plan aktywności, unikaj zachcianek i kaprysów. Ponownie Święci Ojcowie pouczają nas, że brak rytmu, kapryśność, uleganie zachciankom jest przyczyną wszystkich naszych upadków. Potrzebujemy dyscypliny. Potrzebujemy mieć dla siebie regułę i próbować ją zachowywać. Oczywiście reguła nie jest jakimś żelaznym prawem. W pewnym sensie jest skazana na to, by ulegać modyfikacji lub złamaniu, ale musimy ją posiadać. Każdego wieczoru, gdy idziemy spać, powinniśmy powiedzieć sobie, jak będzie wyglądał jutrzejszy dzień, a potem usiłować dotrzymać tej reguły. Różne rzeczy się wydarzą, ale powinniśmy próbować zachowywać regułę.

50. Bądź miłosierny dla siebie i innych. Oczywiście powinniśmy być miłosierni dla innych, ale musimy być miłosierni również względem samych siebie. Nie możemy osądzać samych siebie ostrzej, niż Bóg to czyni, a największym grzechem jest rozpacz. Powinniśmy zatem żyć przez miłosierdzie Boże w każdym czasie – biorąc odpowiedzialność za nasze życie, a nie wymyślając sobie albo mieszając siebie z błotem. Bóg tego nie pragnie. Nie ma w tym żadnej zasługi. Pokajanie jest tym, czego Bóg pragnie, nie samych wyrzutów sumienia albo jakiegoś samobiczowania.

55. I wreszcie – poproś o pomoc, gdy jej potrzebujesz, bez strachu i bez wstydu. Wszyscy potrzebujemy pomocy (...).

środa, 29 stycznia 2014

Moka i jej moc

Po co kupować drogie ekspresy do kawy, które kosztują tysiące złotych, gdy prostym, niewiele miejsca zajmującym dodatkiem do twojej kuchni może być kawiarka typu moka, czyli makinetka (od włoskiego macchinetta del caffè 'maszynka do kawy'). Makinetkę wymyślił i opatentował w 1933 Włoch, Luigi De Ponti dla firmy pana Alfonso Bialettiego. I do dziś firma Bialetti przoduje w produkcji tych jakże popularnych we Włoszech maszynek do kawy. Makinetka wykonana jest ze stopu stali lub aluminium (z doświadczenia widzę, że te ze stopu stali są lepsze, lepiej się rozgrzewają i lepiej doparzają kawę). Kawa z makinetki jest niezwykle aromatyczna, co potwierdzą odwiedzający mnie miłośnicy dobrej kawy (polecam tanią kawę z LIDL-a, która nazywa się "Espresso 100% Arabica" firmy Bellarom - w czarnej puszce za około 10,- zł, albo drogą kawę Illy!).



Jak wygląda proces zaparzania takiej kawy i jak ją potem pić? Oto garść zdjęć z mojej skromnej kuchni (u góry). I film z YouTube, który pokazuje bialettiego z serii Cuor di Moka (niżej).

Swoją pierwszą makinetkę kupiłem podczas ferii zimowych w alpejskim Piancavallo około roku 2007 (na 3 filiżanki espresso; cena to około 50,- euro). Był to mocny, stalowy bialetti z serii Cuor di Moka (jak na filmie). Kawa z tej moki jest perfekcyjna, ale niestety wszystko się zużywa i dziś mój stary bialetti jest już naprawdę stary. Nie zawsze wypływa z niego kawa, bo czasem się blokuje. I urwała mi się kiedyś jego silikonowa rączka. Podczas ostatniego pobytu w Anglii znalazłem dużą makinetkę na 12 kaw espresso o nazwie Brasil z firmy Gnali & Zani (Włochy). W angielskim TK Maxx kosztowała ona tylko 10,- funtów (czyli około 50 zł!). Właśnie ją wypróbowuję (pokazuję ją na zdjęciach) i kawa smakuje całkiem całkiem.

Gdy kawa się zaparzy, warto pić ją na kilka sposobów. Ja sam najczęściej robię café latte po swojemu, wlewając do ładnej filiżanki lub kubka jedno espresso i zalewając je spienionym mlekiem w taki sposób, żeby mleko zabarwiło się kawą (gwałtownie wlewasz mleko), ale żeby na koniec zaakcentować biel mleka. I doprawiam specjalną przyprawą z kawałkami cukru cynamonowego (firmy Kotanyi). Mleko spieniam w specjalnym ręcznym spieniaczu (widzicie tę prostotę? - żadnych elektrycznych urządzeń, tylko manufaktura!), który kupiłem we Włoszech (cena to około 10,- euro). Mleko trzeba rozgrzać do temperatury około 60ºC, a potem około 20 sekund ubijać. Chwilkę odczekać, żeby uleciało trochę pary, a wtedy piana jest tak twarda, że można na niej oprzeć łyżeczkę. 

Latem nie rozgrzewam mleka i spieniam je na zimno. Taka piana jest mniej trwała, ale gdy przyprawisz ją cynamonem, smakuje zabójczo rozkosznie.

W dni postne piję samo espresso (trzeba uważać, bo kawa z makinetki jest wyjątkowo mocna - mocniejsza niż z elektrycznych ekspresów!), a czasem robię sobie hiszpańską kawę cortado, zalewając espresso maleńką ilością spienionego mleka.

Polecam Wam ręczne przygotowywanie swojej kawy. To cały piękny rytuał, który może stać się elementem codziennej medytacji i rozkoszowaniem się chwilą. Zapraszam na kawę!

wtorek, 28 stycznia 2014

Cynefin

Walijskie słowo cynefin (czyt. kaniwyn) trudno jest przetłumaczyć na inne języki. Jego przybliżone znaczenie, znaczenie zastosowane w naukach o środowisku naturalnym i o społeczeństwie, to 'habitat' albo 'środowisko'. Cynefin to miejsce, gdzie istota żywa żyje jak 'ryba w wodzie'. Człowiek w swoim cynefin ma poczucie, że żyje tam, gdzie żyć powinien, że jest po prostu na swoim miejscu. Cynefin to też miejsce, gdzie natura cię otaczająca jest przyjmowana z radością. Słowo to przypomina nam, że wszystkie ludzkie interakcje są zdeterminowane naszymi doświadczeniami, że wpływają na nie nasze przeżycia - indywidualne i społeczne, np. muzyka, literatura.

Czy masz swoje cynefin?

Włóczykij w styczniowej Szkocji

Ubiegły tydzień spędziłem na udanej wycieczce do Anglii i Szkocji. Wyjechałem tam z przemiłą grupą gimnazjalistów i licealistów z Kopernika w Katowicach (bardzo Wam dziękuję - jesteście wspaniali!). Wszystko nam sprzyjało - nawet pogoda, która codziennie słuchała naszej czarodziejskiej piosenki "Słoneczko nasze rozchmurz buzię...". Oto garść zdjęć, które zrobiłem w Anglii (Oksford) i Szkocji (w Dolinie Glencoe, w plenerach Skyfall, w magicznym Edynburgu, w mistycznej kaplicy w Rosslyn...). I zapraszam na wycieczki ze mną (ofert szukajcie na stronach biura Abraksas).

Glencoe, plan filmowy Skyfall ;-)



Singiel czyli... rozwodnik

Byłabym bardzo wdzięczna, jeśli udałoby Ci się w jakiś sposób spisać swoje refleksje dotyczące rozwodu... moja mama jest rozwódką - nie miała innego wyjścia. Problem polega na tym, że wiara katolicka jest dla niej ważna. Mama nie może przyjąć żadnego sakramentu, nie może ,,tak naprawdę'' uczestniczyć we Mszy świętej. Czasami, między nabożeństwami, wchodzi na chwilę do kościoła, siada na kwadrans i modli się po cichu. Nie mam wątpliwości, że rozwodząc się wybrała życie - mój ojciec to agresor nie stroniący od alkoholu. Lecz uważam za niesprawiedliwy fakt, że po tych wszystkich latach cierpień mama nie może choćby przystąpić do spowiedzi czy komunii...
[Z komentarzy na blogu]

Zostałem niedawno poproszony, żeby na blogu opisać swoje doświadczenie życia rozwiedzionego mężczyzny w Kościele katolickim. Nie miejsce tu, żeby opisywać historię mojego małżeństwa, które zawarliśmy z moją żoną w grudniu 1999... W każdym razie mimo naszego rozwodu cywilnego, który nastąpił ostatecznie w 2008, małżeństwo przed Bogiem wciąż trwa...  Jeżeli niektórzy mawiają, że "ślub to tylko papierek", to ja mówię - "rozwód to tylko papierek". Z tej perspektywy tak jest...

Miałem już kiedyś pomysł, żeby prowadzić anonimowego bloga, który byłby takim dziennikiem polskiego rozwodnika przed czterdziestką. Można powiedzieć, że Tolknięty jest teraz takim zapisem, takim dokumentem (ale nie anonimowym): jak radzić sobie z życiem, gdy człowiek rozwiedziony wybiera życie zgodne z Ewangelią, w tolkienowskim duchu, w uważnością, makulturalnie, powoli... W moich refleksjach na temat rozwodu katolika będę się posługiwał Katechizmem Kościoła Katolickiego, który w §§ 2384-2386 mówi o rozwodzie jako wykroczeniu przeciw prawu naturalnemu, a w §§ 1650-1651 odnosi się do tych katolików, którzy po rozwodzie związali się z nową partnerką/partnerem.

Trzeba tu rozdzielić dwie ważne rzeczy: 
  • Czym innym jest życie katolika, który się rozwiódł, ale wybiera życie w czystości, nie wiąże się trwale z inną osobą. 
  • Czym innym zaś jest sytuacja, gdy rozwodnik wiąże się w konkubinacie albo nowym cywilnym związku z nową żoną/mężem.
Ja sam urodziłem się i wychowałem w rodzinie, która znajdowała się w tej drugiej sytuacji. Mój kochany Tata został porzucony przez swoją pierwszą, sakramentalną żonę (z tamtego małżeństwa mam kochaną Siostrę przyrodnią) i związał się z moją mamą już jako rozwodnik. Rodzice mieli więc tylko ślub cywilny. Tata był mężczyzną wierzącym i niewiele było w naszym życiu rodzinnym niedziel, gdy nie szedłem z tatą do kościoła... Od 25 lat tata nie żyje (zmarł pogodzony z Bogiem, przyjąwszy z wiarą sakramenty), a mama wróciła do pełnego uczestnictwa w życiu sakramentalnym Kościoła. Do ich doświadczeń za chwilę wrócę.

Tymczasem jako rozwodnik pozostaję w sytuacji pierwszej. Nie jestem niewiniątkiem. Po rozstaniu z żoną miałem, jak to się mówi "bogate życie" i próbowałem odnaleźć się w nowych relacjach. Nie żałuję tamtego czasu, bo po pierwsze byłem w krótkich związkach z zawsze wspaniałymi, troskliwymi, pięknymi i dobrymi kobietami, a po drugie nabyłem pewne ważne doświadczenia. Po kilku latach takiego emocjonującego - choć niestabilnego - życia doszedłem do wniosku, że zawsze ostatecznie górę biorą wyrzuty sumienia, ból związany z brakiem pełnej łączności z moim Kościołem - a przede wszystkim cierpienie wynikające z niewierności mojemu kochanemu Mistrzowi, Chrystusowi Jezusowi. I że przyczyniam się do kolejnych ran u świetnych, zasługujących na stały i trwały związek partnerek... Wybrałem więc życie w celibacie, w pełnej czystości i wolności... Taki jest stan na dzień dzisiejszy... Co będzie dalej? Inshallah.... (arab. 'Jak zechce Bóg'). Chcę cieszyć się Niebem, więc... Wybór jest po mojej stronie.

Bóg kierował całą tamtą trudną sytuacją już od dnia rozwodu. Okazało się bowiem, że rozwód wypadł dokładnie w dniu, gdy brałem udział w rekolekcjach adwentowych. Do tego był to dokładnie ten dzień, gdy podczas rekolekcji mieliśmy wieńczącą całe rozważanie spowiedź i Komunię Świętą. Więc prawie prosto z sądu przeniesiony zostałem do konfesjonału... I Bóg pozwolił mi w tym samym dniu, w którym dokonał się nasz rozwód, pojednać się z Nim. Jestem bardzo wdzięczny za tamtą sytuację. I jeżeli mama mojej czytelniczki jest dziś wolna, nie żyje w obiektywnym cudzołóstwie, powinna pomyśleć o pojednaniu się z Bogiem jak najszybciej. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby osoba rozwiedziona, ale żyjąca samotnie, mogła w stu procentach korzystać z darów Kościoła.

A jak sobie radzić, gdy żyjemy w nowym związku? Gdy pojawia się nowa rodzina, dzieci...? U Ewangelisty Marka znajdujemy te oto słowa Jezusa (posługuję się na moim blogu głównie cytatami z międzywyznaniowego tłumaczenia Ewangelicznego Instytutu Biblijnego, które posługuje się współczesnym językiem):
«Kto się rozwodzi z żoną i poślubia inną, cudzołoży względem niej. I jeśli żona rozwodzi się z mężem i poślubia innego mężczyznę - cudzołoży» (Mk 10, 11-12)
Zgodnie ze słowami Jezusa, nowy związek nie może być uznany przez chrześcijan za ważny, jeżeli ważny był pierwszy związek małżeński. Taką drogą idzie od dwóch tysięcy lat Kościół Powszechny. Jest to sytuacja wykroczenia przeciw prawu Bożemu, a tym samym jest trwały grzech ciężki, grzech cudzołóstwa, który zamyka przed wiernym drogę do Eucharystii i pełnienia pewnych funkcji kościelnych (np. ludzie w związkach niesakramentalnych nie mogą być chrzestnymi). Powrót do pełnej jedności z Chrystusem może nastąpić wtedy, gdy taki małżonek żałuje, że złamał znak Przymierza i wierności Chrystusowi, i zobowiązuje się do życia w całkowitej wstrzemięźliwości seksualnej.

Jeżeli mama czytelniczki mojego bloga żyje w związku niesakramentalnym o jej sytuacji mówi Katechizm w § 1651:
«W stosunku do chrześcijan, którzy żyją w związku cywilnym, a którzy często zachowują wiarę i pragną po chrześcijańsku wychować dzieci, kapłani i cała wspólnota powinni okazywać dużą troskę, by nie czuli się oni jakby odłączeni od Kościoła, w którego życiu mogą i powinni uczestniczyć jako osoby ochrzczone Niech będą zachęcani do słuchania słowa Bożego, do uczęszczania na Mszę świętą, do wytrwania w modlitwie, do pomnażania dzieł miłości oraz inicjatyw wspólnoty na rzecz sprawiedliwości, do wychowywania dzieci w wierze chrześcijańskiej; do pielęgnowania ducha i czynów pokutnych, ażeby w ten sposób z dnia na dzień wypraszali sobie u Boga łask.»
Tak przez lata żyli moi rodzice. Mimo tego, że nie mogli przyjmować Komunii Świętej, w każdą niedzielę byliśmy razem w kościele (rodzice nie siadali w pierwszych ławach, słuchali Mszy z pokorą, w czasie Komunii pamiętam jak klęczeli i się modlili...). W domu nie było wiele modlitwy, ale były książki o tematyce chrześcijańskiej (bardzo o to dbała moja kochana chrzestna, siostra mojej mamy), rodzice żyli po chrześcijańsku - nie obmawiali, nie narzekali, nie wynosili się, a prowadzili bardzo otwarty dom, pomagali innym. Wychowali mnie w wierze i prawdzie. Tym podstawom zawdzięczam potem moje pełne nawrócenie w dorosłym życiu.
Wszystkim wiernym chrześcijanom, którzy rozwiedli się i żyją w związkach niesakramentalnych, polecam mądrą małą książeczkę: kardynała Dionigi Tettamanzi, Nikt was nie odrzuca. List do małżonków w separacji, osób po rozwodzie lub w nowym związku (Bernardinum 2009).

Kochani, Kościół jest Wam bliski, jesteście umiłowanymi i upragnionymi Siostrami i Braćmi. Kościół Was nie odrzuca i nie uważa za niegodnych! Wasze zranienie jest także zranieniem całego Kościoła. Jest w tym zranionym Kościele dla Was zawsze miejsce. W czasie Komunii Świętej otwierajcie swoje serca na "duchową komunię" z Panem. Nie oddalajcie się od życia wiarą i od życia Kościoła! 
  • słuchajcie Słowa Bożego, czytajcie w domu Bibię
  • uczęszczajcie na Eucharystię
  • trwajcie z Waszymi dziećmi w modlitwie
  • wychowujcie dzieci na dobrych, miłosiernych chrześcijan
  • pielęgnujcie w domu ducha pokuty 

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Ryszard z kwiatem w dłoni / pijany kołysaniem traw (...)

Słuchaliście ostatniej płyty Edyty Bartosiewicz? Jak dla mnie Renovatio to jedno z muzycznych wydarzeń ostatniego roku (posłuchaj płyty na Deezerze, który to serwis polecam nieustająco jako element dobrego stajlajfu). Najbardziej na tej płycie lubię "Żołnierzyka", "Italiano", "Rozbitków", ale dziś zwróciłem uwagę na utwór pt. "Ryszard". Przecież to o mnie! Tylko gdzie to kołysanie traw?


«Ryszard wyszedł z domu, bez słowa,
w kuchni na stole zostawił klucz,
raz jeszcze się na wszystko spojrzał
i zbiegł po schodach, po drodze gubiąc resztki snu

Ryszard z kwiatem w dłoni
pijany kołysaniem traw,
przygląda się jak niebo
swój zmienia kolor.

Ryszard dziś nie przyjdzie do pracy,
pod oknami przemknął jak cień,
zbyt wiele czasu już stracił
zbyt długo czekał by wreszcie coś zmieniło się

Ryszard z kwiatem w dłoni
pijany kołysaniem traw,
przygląda się jak niebo
swój zmienia kolor,
kolor,
swój zmienia kolor

Ktoś krzyknął: "popatrzcie on leci"
szybował z wiatrem wolny jak ptak,
matki zakryły oczy swym dzieciom,
jeszcze płynął, by już po chwili czuć kołysanie traw, kołysanie traw

Ryszard z kwiatem w dłoni, Ryszard z kwiatem w dłoni
Kołysanie traw, kołysanie traw, uciekł
Ryszard x5
Ryszard z kwiatem w dłoni
Ryszard, pijany kołysaniem traw
taki piękny dzień by wprost na spotkanie swym marzeniom wyjść i cieszyć się słońcem».

Dziękuję za Wasze komentarze. Zbieram się do wpisu o tym, jak osoba rozwiedziona może znaleźć swoje miejsce w Kościele...

wtorek, 14 stycznia 2014

Najbliższe wykłady

Zapraszam Was na swoje wykłady. Już w czwartek o 8.30 w Nauczycielskim Kolegium Języków Obcych w Sosnowcu będę mówił o ewolucji języków eldarińskich w porównaniu z językami indoeuropejskimi. A 31 stycznia w Krakowie w ramach warsztatów kaligraficznych mam wykład i prezentację o sztuce pisma elfickiego...


To co najważniejsze

Słyszeliście o tak zwanych radach ewangelicznych? Oto one:
  1. Dobrowolne ubóstwo
  2. Dozgonna czystość
  3. Zupełne posłuszeństwo dla miłości Jezusa Chrystusa
Rady te kojarzy się zazwyczaj z życiem konsekrowanym, czyli życiem klasztornym. No bo od razu widać, że to jakiś straszny hardcore! Ale przecież Kazanie na Górze (seria nauczań, które według Ewangelii Mateusza - w Mt 5,1 - 7,28 - zostały wygłoszone przez Chrystusa Jezusa. Do bardziej znanych części Kazania na górze należy Osiem błogosławieństw oraz modlitwa Ojcze nasz) nawołuje każdego ucznia Chrystusa do ubóstwa, czystości i posłuszeństwa. Dotyczy to każdego z nas - także świeckiego. Ubóstwo to prostota codziennego życia, czystość to także wierność małżeńska, a posłuszeństwo to pokora i dążenie do poznania swojego miejsca w życiu. Katechizm mówi (§ 1973), że «celem rad jest oddalanie tego, co nawet nie sprzeciwiając się miłości, może stanowić przeszkodę w jej rozwoju». Mnie świetnie się te rady łączą z ważnym fragmentem pierwszego listu Jana Apostoła (1 J 2,16):
«Wszystko bowiem, co jest na świecie, a więc: pożądliwość ciała, pożądliwość oczu i pycha tego życia nie pochodzi od ojca, lecz od świata.» (Biblia Jerozolimska)

«Bo to wszystko, co steruje światem: żądze ciała, żądze oczu oraz pycha życia, nie pochodzi od Ojca. To należy do świata.» (Nowe Przymierze, przekład Ewangelicznego Instytutu Biblijnego)
Nie chcę, żeby to było naciągane, ale wydaje mi się, że dobrowolne ubóstwo jest odpowiedzią na żądze oczu, czystość na żądze ciała, a posłuszeństwo na pychę życia. Co więcej, ta triada pożądliwości i porady, jak z nimi walczyć w codziennym, świeckim albo konsekrowanym życiu, wiąże się też mocno z wezwaniami naszej codziennej modlitwy Ojcze nasz:
«Ojcze nasz,
który jesteś w niebie,
Niech świętość otacza Twe imię.
Niech Twoje królestwo nastanie
i Twoja wola ziemią zawładnie
tak, jak włada niebem.
(...)

ponieważ Twoje jest Królestwo,
moc i chwała - na wieki.»

(przekład Ewangelicznego Instytutu Biblijnego)
  • Święć się imię Twoje a nie moje - to dobrowolne ubóstwo, które jest lekiem na żądze oczu, bo jest umieszczeniem Boga na samej górze, w zwierzchności nad wszystkimi innymi naszymi troskami. Twoja jest chwała, Jahwe!
  • Przyjdź Królestwo Twoje a nie moje - czystość, która jest lekiem na żądze ciała, bo jest Królestwem Ojca realizującym się w naszym życiu. Twoje jest Królestwo, Adonai!
  • Bądź wola Twoja a nie moja - posłuszeństwo, które jest lekiem na pychę życia, bo podporządkowuje wszystko, co się dzieje w naszym życiu, Bożej Harmonii i Bożemu Porządkowi. Twoja jest moc, Boże!

Kuchnia prosta i bardzo zdrowa...

Kilka tolkniętych porad lifestylowych... czyli o korzyściach z tzw. "ostentacyjnej prostoty" w kuchni.


1. Radykalnie usuń ze swojej kuchni dnia powszedniego: cukier, sól, pieczywo (zarówno jasne, jak ciemne czy tzw. kruche), wędliny, jasne makarony, słodzone napoje, soki, słodycze. Brzmi makabrycznie? - spójrz na punkt 3.


Na pierwsze śniadanie polecam grejpfruta i kawę, na drugie na przykład sałatkę szopską (to taka pyszna sałatka bułgarska z pomidorami, ogórkiem, cebulą, papryką, serem (może być ser typu bałkańskiego z LIDL-a), oliwą i przyprawami (polecam szczególnie świeżo mielony pieprz, mieszanki przypraw Jamiego Olivera...). Obiad? Zawsze pyszny jest ciemny makaron z pesto albo pęczak czy inne kasze. Do tego sznycelek z indyka (nie kupuj raczej pompowanego antybiotykami i hormonami kurczaka!) przechowany wcześniej w jakiejś prostej marynacie (ja najczęściej robię ją z oliwy, przypraw, drobno pokrojonego czosnku) - koniecznie z grilla (polecam proste patelnie do grillowania - ja swoją kupiłem w IKEI). Na podwieczorek jakiś dobry owoc, jakaś dobra herbata. A na kolację (koniecznie najpóźniej 3 godziny przed zaśnięciem) jakaś treściwa sałatka (np. taka z jajkiem, ciemnym makaronem...). Pij do ośmiu szklanek wody dzienne (w Silesii najlepsza woda to... kranówka!). Polecam ładne szklanki z IKEI, które mają zielonkawy kolor. Woda - to efekt psychologii - smakuje w nich jeszcze lepiej. Po prostu "Sosnowiczanka" Zdrój...

2. Wprowadź sobie w tygodniu dwa albo trzy dni postu - jeżeli możesz go uzasadnić religijnie, tym lepiej dla Ciebie i samego sensu postu. Ale post może być neutralny światopoglądowo... Ja poszczę w środy i piątki - nie jem wtedy mięsa, a staram się też oszczędzać na nabiale.

3. Zrób sobie dzień wolności kulinarnej w niedzielę (lub jeden inny, ważny dla Ciebie i Twoich przekonań dzień w tygodniu). Wtedy jest czas na bułki, wędliny, słodycze, ciasta, colę... Każdy system potrzebuje wentyla bezpieczeństwa!

4. Wspomagaj się jakąś fajną aplikacją do liczenia kalorii - ja używam MyFitnessPal.


Tolkien o płci biologicznej i kulturowej

43. Z listu do Michaela Tolkiena 6-8 marca 1941

[Na temat małżeństwa i stosunków między płciami.]

Stosunki mężczyzny z kobietami mogą być wyłącznie fizyczne (oczywiście w rzeczywistości to niemożliwe: mam jednak na myśli to, że może on nie chcieć brać pod uwagę innych spraw, działając na wielką szkodę własnej oraz kobiecej duszy (i ciała); albo "przyjacielskie"; albo on może być "kochankiem" (zbierając wszystkie swoje uczucia i siły umysłu oraz ciała w jedno złożone uczucie potężnie zabarwione i napędzane "seksem"). To jest upadły świat. Zaburzenie instynktu płciowego jest jednym z głównych objawów Upadku. Świat od wieków "schodzi na psy". Różne formy społeczne zmieniają się i każdy nowy sposób postępowania ma swoje zagrożenia: lecz "twardy duch lubieżności" chodzi po każdej ulicy i siedzi, łypiąc spod oka, w każdym domu od czasu upadku Adama. Zostawimy na boku "niemoralne" skutki. Nie pragniesz dać się w nie wciągnąć. Do zaparcia się nie masz powołania. Z zatem "przyjaźń"? W tym upadłym świecie "przyjaźń", która powinna być możliwa między wszystkimi istotami ludzkimi, między mężczyzną i kobietą jest właściwie niemożliwa. Diabeł ma nieograniczoną pomysłowość, a płeć jest jego ulubionym tematem. Równie zręcznie potrafi złapać człowieka poprzez szczodre, romantyczne czy też czułe motywy, jak też podlejsze czy bardziej zwierzęce. Taką "przyjaźń" usiłowano często nawiązać: prawie zawsze zawodzi jedna lub druga strona. Możliwa może być w późniejszym okresie życia, kiedy opada fala seksu. Może się zdarzyć między świętymi. Zwykłym ludziom przytrafia się bardzo rzadko: dwa umysły naprawdę pokrewne sobie myślowo i duchowo mogą przypadkiem mieścić się w męskim i żeńskim ciele, a jednak pragnąć i osiągnąć "przyjaźń" zupełnie niezależnie od seksu. Nie można jednak na to liczyć. Partnerka lub partner zawiedzie go (lub ją) prawie na pewno, "zakochując się". Młody mężczyzna tak naprawdę jednak (z reguły) nie pragnie "przyjaźni", nawet jeśli mówi, że tak jest. Jest mnóstwo młodych mężczyzn (z reguły). On pragnie miłości: niewinnej, a jednak może nieodpowiedzialnej. "Niestety! Że też miłość jest grzechem!", jak powiada Chaucer. Zatem jeśli jest chrześcijaninem i zdaje sobie sprawę, że istnieje coś takiego, jak grzech, to chce wiedzieć, co ma na to poradzić.

W naszej zachodniej kulturze romantyczna rycerska tradycja jest wciąż silna, chociaż jako produkt chrześcijaństwa (lecz w żadnym razie nie równoznaczna z chrześcijańską etyką) przeżywa trudne czasy. Idealizuje ona "miłość" - i może to być dobre, ponieważ uwzględnia o wiele więcej niż fizyczną przyjemność i zachęca jeśli nie do czystości, to przynajmniej do wierności, wyrzeczeń, "służby", uprzejmości, honoru i odwagi. Jej słabością jest oczywiście to, że zaczęła się jako sztuczna dworska zabawa, sposob na cieszenie się miłością dla niej samej bez odwoływania się do małżeństwa (a w rzeczywistości będąc z nim w sprzeczności). Jej ośrodkiem był nie Bóg, lecz wymyślone Bóstwa, Miłość i Pani. Wciąż ma tendencję do robienia z Pani czegoś w rodzaju gwiazdy przewodniej lub bożyszcza - jak w dawnym powiedzeniu "jego bożyszcze" = kobieta, którą kocha - celu lub powodu szlachetnego postępowania. To, oczywiście, jest fałszywe, a w najlepszym wypadku udawane. Kobieta także jest upadłą istotą ludzką z zagrożoną duszą. W połączeniu jednak i w harmonii z religią (jak było dawniej, co owocowało pięknym oddaniem Matce Boskiej, co było boskim sposobem na uszlachetnienie naszych grubiańskich, męskich charakterów i emocji, a także na rozgrzanie i ubarwienie naszej twardej, gorzkiej religii) może to być bardzo szlachetne. Wtedy otrzymujemy to, co chyba wciąż jest uznawane, nawet przez osoby zachowujące choćby resztki wiary chrześcijanskiej, za najwyższy ideał miłości między mężczyzną i kobietą. Mimo wszystko wciąż uważam, że kryje ona w sobie niebezpieczeństwa. Nie jest całkowicie prawdziwa i nie jest idealnie "teocentryczna". Odciąga ona wzrok młodzieńców, a przynajmniej odciągała go w przeszłości, od kobiet takich, jakimi są, czyli współrozbitkami w katastrofie morskiej, a nie gwiazdami przewodnimi. (Jednym z rezultatów obserwacji rzeczywistości jest to, że młodzieniec staje się cyniczny.) Sprawia, że zapominają oni o ich pragnieniach, potrzebach i pokusach. Wpaja przesadzone wyobrażenia o "prawdziwej miłości" niczym ogień z zewnątrz, nieustający zachwyt nie związany z wiekiem, rodzeniem dzieci i zwykłym życiem, a także z wolą i zamysłem. (Jednym z tego skutków jest to, że młodzi szukają "miłości", która zawsze będzie ich grzała w zimnym świecie, bez żadnego wysiłku z ich strony; a nieuleczalni romantycy szukają jej nawet w brudzie sądów rozwodowych.)

Kobiety mają w tym wszystkim niewielką rolę, choć mogą się posługiwać językiem romantycznej miłości, ponieważ jest ona tak bardzo związana z naszymi wyrażeniami. Impuls płciowy czyni kobiety (naturalnie wtedy, gdy są nie zepsute i bardziej altruistyczne) bardzo współczującymi i rozumiejącymi lub szczególnie pragnącymi takimi być (albo takimi się wydawać) oraz gotowymi do dzielenia wszystkich zainteresowań, o ile są w stanie, od krawatów po religię, młodzieńca, który je pociąga. Niekoniecznie chcą oszukiwać: czysty instynkt: instynkt służącej, towarzyszki życia, szczodrze rozgrzanej pożądaniem i młodą krwią. Dzięki temu impulsowi potrafią one w rzeczywistości często osiągnąć nadzwyczajną wnikliwość i zrozumienie, nawet spraw zwykle znajdujących się poza ich naturalnymi zainteresowaniami: ich darem jest bowiem przyjmować, być pobudzanymi, zapładnianymi (pod wieloma innymi względami oprócz fizycznego) przez mężczyznę. Wie o tym każdy nauczyciel. Jakże szybko inteligentna kobieta uczy się, chwyta jego pomysły, przyjmuje jego punkt widzenia - i jak (z rzadkimi wyjątkami) nie potrafią pójść dalej, gdy wychodzą spod jego opieki lub gdy przestają interesować się jego osobą. Taka jest jednak ich naturalna droga do miłości. Zanim młoda kobieta spostrzeże się, na czym stoi (i gdy romantyczny młodzieniec, jeśłi istnieje, wciąż wzdycha), może ona się "zakochać". Dla niej, nie zepsutej, naturalnej młodej kobiety, oznacza to, że chce zostać matką dzieci tego młodzienca, nawet jeśli to pragnienie w żaden sposób nie jest dla niej jasne czy wyraźne. wtedy może się stać wiele rzeczy: jeśli sprawy potoczą się źle, mogą być one bardzo bolesne i szkodliwe. Szczególnie, jeśli młodzieniec pragnął tylko tymczasowej gwiazdy przewodniej lub bożyszcza (dopóki nie podczepi się pod jaśniejszą) i jedynie cieszył się pochlebstwami współczucia przyjemnie doprawionego podnietami seksu - oczywiście wszystko to było całkowicie niewinne i jak najdalsze od "uwiedzenia".

Możesz spotkać w życiu (podobnie jak w literaturze*) kobiety płoche lub wręcz rozpustne - nie mówię o zalotności, sparringu przygotowującym do prawdziwej walki, lecz o kobietach zbyt głupich, by brać poważnie nawet miłość, lub tak zdeprawowanych, że cieszą je "podboje" lub nawet zadawanie bólu - lecz są to nieprawidłowości, chociaż mogą je pobudzać fałszywe nauki, złe wychowanie i pełna zepsucia moda. Choć współczesne warunki zmieniły sytuację kobiet i szczegóły tego, co uważa się za stosowność, nie zmieniły one naturalnego instynktu. Mężczyzna ma pracę, karierę (i przyjaciół), które mogą (i zwykle tak się dzieje, jeśli ma on charakter) przeżyć katastrofę "miłości". Młoda kobieta, nawet "ekonomicznie niezależna", jak teraz się mówi (zwykle oznacza to ekonomiczne podporządkowanie pracodawcy zamiast ojcu czy rodzinie), prawie od razu zaczyna myśleć o ślubnej wyprawie i marzyć o domu. Jeśli rzeczywiście się zakocha, katastrofa rzeczywiście może się zakończyć na skałach. Tak czy owak, kobiety są ogólnie o wiele mniej romantyczne i bardziej praktyczne. Nie daj się zwieść faktowi, że są bardziej "sentymentalne" w słowach - swobodniej używają wyrazów, jak "najdroższy" i tak dalej. One nie potrzebują gwiazdy przewodniej. Potrafią wyidealizować zwykłego młodego mężczyznę i stworzyć z niego bohatera; naprawdę jednak nie potrzebują takiego splendoru, by zakochać się lub trwać w miłości. Jeśli mają jakieś złudzenia, to to, że potrafią "reformować" mężczyzn. Z pełną świadomością wezmą kanalię i nawet jeśli zniknie złudzenie, że uda się im go zreformować, będą go dalej kochać. Oczywiście do związków seksualnych podchodzą bardziej realistycznie. Jeśli nie są zapsute złą współczesną modą, z zasady nie "świntuszą"; nie dlatego, że są czystrze niż mężczyźni (a nie są), ale dlatego, że ich to nie bawi. Znałem takie, które to udawały, ale to były pozory. Może być to dla nich intrygujące, interesujące, zajmujące (nawet zbyt zajmujące): jest to jednak całkowicie naturalne, to poważny, oczywisty obiekt zainteresowania; gdzie tu żart?

Oczywiście wciąż muszą być ostrożniejsze w związkach seksualnych, choćby po to, żeby uchronić się od niespodziwanej ciąży. Błędy są szkodliwe fizycznie i społecznie (oraz małżeńsko). Jednak niezepsute kobiety są instynktownie monogamiczne. Mężczyźni nie.... Nie ma co udawać. Mężczyźni po prostu takimi nie są, taką mają zwierzęcą naturę. Monogamia (choć do dawna jest fundamentalna dla naszych odziedziczonych pojęć) dla nas, mężczyzn, jest fragmentem "objawionej" etyki, zgodnej z wiarą, a nie ciałem. Każdy z nas mógłby zdrowo spłodzić, w ciągu naszych ponad trzydziestu lat pełnej męskości, kilkaset dzieci, i to czerpiąc z tego procesu przyjemność. Brigham Young (jak sądzę) był zdrowym i szczęśliwym mężczyzną. To upadły świat i między naszymi ciałami, umysłami i duszami nie ma harmonii.

Jednakże istotą upadłego świata jest to, że tego, co najlepsze, nie można osiągnąć dzięki swobodnemu zażywaniu przyjemności czy też przez tak zwaną "samorealizację" (jest to zwykle ładne określenie na pobłażanie samemu sobie, całkowicie wrogie samorealizacji innych); lecz przez wyrzeczenia, przez cierpienie. Wierność w chrześcijańskim małżeństwie pociąga za sobą wielkie umartwienie ciała. Dla chrześcijanina nie ma ucieczki. Małżeństwo może pomóc uświęcić i ukierunkować na właściwy obiekt jego pragnienia seksualne; jego łaska może mu pomóc w zmaganiach; lecz zmagania pozostają. Nie zadowoli go - tak, jak można zaspokoić głód regularnymi posiłkami. Spiętrzy tyle trudności przed czystością właściwą temu stanowi, ile da jej wytchnienia. Żaden mężczyzna, choćby najszczerzej kochał swoją narzeczoną i pannę młodą w młodości, nie jest jej wierny jako żonie myślą lub ciałem bez świadomego udziału woli, bez samozaparcia. Zbyt nielicznym się o tym mówi - nawet tym, którzy zostali wychowani "w Kościele". Ci spoza niego zdaje się rzadko o tym słyszą. Kiedy znika pozłota albo tylko lekko się ściera, myślą, że popełnili błąd i że wciąż muszą szukać prawdziwie bratniej duszy. Prawdziwa bratnia duża nazbyt często okazuje się być pierwszą pociągającą seksualnie osobą, jaka się nadarzy. Ktoś, kogo mogliby poślubić z wielkim dla siebie pożytkiem, gdyby tylko... Stąd rozwód, żeby dostarczyć owego "gdyby tylko". I oczywiście z zasady mają rację: rzeczywiście popełnili błąd. Jedynie bardzo mądry mężczyzna pod koniec swego życia mógłby wydać trafny osąd co do tego, którą spośród wszystkich możliwych kandydatek powinien był poślubić ku swemu największemu pożytkowi! Prawie wszystkie małżeństwa, nawet te szczęśliwe, są błędami: w tym sensie, że prawie na pewno (w doskonalszym wiecie lub przy nieco większej ostrożności w tym bardzo niedoskonałym) oboje partnerzy mogliby sobie znaleźć odpowiedniejszego towarzysza. Lecz "prawdziwa bratnia dusza" to ta, za którą się wyszło. My prawie nie dokonujemy wyboru: robi to życie i okoliczności (chociaż jeśli istnieje Bóg, muszą to być jego instrumenty lub pozory). Jest powszechnie wiadome, że szczęśliwe małżeństwa to te, gdzie "wybór" młodej osoby był jeszcze bardziej ograniczony przez władzę rodzicielką czy rodzinną, o ile istnieje społeczna etyka zwykłej nieromantycznej odpowiedzialności i wierności małżeńskiej. Lecz nawet w krajach, gdzie romantyczna tradycja na tyle wpłynęła na układy społeczne, że ludzie uwierzyli, iż wybór partnera jest wyłącznie troską młodych, jedynie w niezwykle rzadkich, szczęśliwych przypadkach łączą się ze sobą mężczyzna i kobieta, którzy naprawdę są sobie jakby "przeznaczeni" i zdolni do wielkiej i wspaniałej miłości. Ta możliwość wciąż nas oszałamia, chwyta za gardło: powstało na ten temat mnóstwo wierszy i opowieści, prawdopodobnie więcej niż istniało takich miłości w prawdziwym życiu (a jednak najwspanialsze z tych opowieści nie mówią o szczęśliwym małżeństwie takich wielkich kochanków, lecz o ich tragicznym rozdzieleniu; jakby nawet w tej sferze to, co prawdziwie wielkie i wspaniałe w tym upadłym świecie, było bardziej osiągalne poprzez "zawód" i cierpienie). W takiej wielkiej, nieuniknionej miłości, często w miłości od pierwszego wejrzenia, doznajemy chyba wizji małżeństwa, jakim powinno ono być w nieupadłym świecie. W tym upadłym swiecie naszymi jedynymi przewodnikami są rozwaga, mądrość (rzadka w młodości, zbyt późna w starości), czyste serce i wierność woli.....

Moja własna historia jest tak wyjątkowa, tak niesłuszna i nierozważna prawie pod każdym względem, że trudno mi doradzać rozwagę. Jednak trudne przypadki tworzą złe prawo; a wyjątkowe przypadki nie zawsze są dobrymi przewodnikami dla innych. Na ile może się to przydać, podam Ci nieco faktów z mojej biografii - w tej sytuacji dotyczących głównie zagadnień wieku i finansów.

Zakochałem się w twojej matce w wieku około 18 lat. Dość szczerze, jak zostało wykazane - chociaż oczywiście wady charakteru i usposobienia często sprawiały, że spadałem poniżej ideału, od którego zaczynałem. Twoja matka była starsza ode mnie i nie była katoliczką. Zupełnie niefortunne z punktu widzenia opiekuna [ojca F. Morgana, który opiekował się Ronaldem i jego bratem, przedwczesnymi sierotami - G.]. W pewnym sensie rzeczywiście było to bardzo niefortunne i bardzo dla mnie niedobre. Takie rzeczy są bardzo absorbujące i wyczerpują nerwowo. Byłem bardzo bystrym chłopcem znajdującym się w ferworze pracy zmierzającej do uzyskania (bardzo potrzebnego) stypendium w Oksfordzie. Połączone napięcia niemal spowodowały poważne załamanie. Zawaliłem egzaminy i chociaż (jak po wielu latach powiedział mi dyrektor mojej szkoły) powinienem zdobyć dobre stypendium, z trudem otrzymałem 60 £ w Exeter: wraz ze stypendium tej samej wysokości z okazji ukończenia szkoły wystarczyło mi na przeżycie (z pomocą mojego drogiego, starego opiekuna). Oczywiście były i dobre strony, nie tak łatwo dostrzegalne dla opiekuna. Byłem sprytny, ale nie pilny czy wpatrzony w jeden cel; w znacznej mierze nie powiodło mi się dlatego, że nie pracowałem (przynajmniej nad filologią klasyczną) nie dlatego, że byłem zakochany, ale dlatego, że studiowałem co innego: gocki i różne inne rzeczy. Otrzymawszy romantyczne wychowanie, traktowałem sprawy chłopięco-dziewczęce poważnie i uczyniłem z nich źródło starań. Będąc z usposobienia raczej fizycznym tchórzem, w ciągu dwóch sezonów z pogardzanego patałacha w drugiej drużynie stałem się członkiem drużyny reprezentacyjnej. I takie inne rzeczy. Pojawiły się jednak kłopoty: musiałem wybierać między nieposłuszeństwem i zasmuceniem (lub oszukaniem) opiekuna, który był mi ojcem bardziej niż większość prawdziwych ojców, lecz bez żadnych zobowiązań, a "zarzuceniem" romansu do skończenia 21 lat. Nie żałuję mojej decyzji, chociaż moja ukochana znosiła ją bardzo ciężko. To jednak nie była moja wina. Była całkowicie wolna i nie związana ze mną słowem i nie powinienem się skarżyć (chyba, żebym stosował nierzeczywisto-romantyczny kodeks), gdyby wyszła za kogoś innego. Przez prawie trzy lata nie widziałem się z moją ukochaną ani do niej nie pisałem. Było to nadzwyczaj trudne, bolesne i gorzkie, szczególnie z początku. Rezultaty nie były zbyt dobre: wróciłem do szaleństw i lenistwa i zmarnowałem sporą część pierwszego w Kolegium. Nie sądzę jednak, żeby cokolwiek innego uzasadniło małżeństwo na podstawie chłopięcej miłości; a prawdopodobnie nic innego nie umocniłoby woli na tyle, by nadać takiemu romansowi (choćby i najprawdziwszemu przypadkowi szczerej miłości) trwałość. W noc moich 21 urodzin napisałem do Twojej matki - 3 stycznia 1913 r. 8 stycznia wróciłem do niej, zaręczyłem się i poinformowałem zaskoczoną rodzinę. Zakasałem rękawy i przyłożyłem się do pracy (za późno, by uratować od klęski Hon. Mods.**) - a w następnym roku wybuchła wojna, kiedy jeszcze miałem przed sobą rok w kolegium. W tamtych czasach mężczyźni zaciągali się do wojska, bo inaczej otaczała ich powszechna pogarda. Była to paskudna sytuacja, szczególnie dla młodego człowieka o zbyt dużej wyobraźni i małej odwadze fizycznej. Żadnego stopnia: żadnych pieniędzy: narzeczona. Wytrzymałem potwarze i coraz wyraźniejsze aluzje krewnych, zostałem i w 1915 złożyłem pierwszy z egzaminów końcowych. Prysnąłem do armii: lipiec 1915. Sytuacja stała się nie do zniesienia i 22 marca 1916 r. ożeniłem się. W maju przepłynąłem Kanał (wciąż mam wiersz, ktory napisałem z tej okazji!) i udałem się na rzeź nad Sommą.

Pomyśl o swojej matce! A jednak teraz ani przez chwilę nie mam uczucia, że robiła więcej, niż można ją było prosić - co wcale nie umniejsza jej zasług. Byłem młodzieńcem ze skromnym stopniem naukowym, lubiącym pisać wiersze, z kilkoma mizernymi funtami rocznego dochodu (20-40). i bez żadnych perspektyw: podporucznik z płacą 7 szylingów 6 pensów dziennie w piechocie, gdzie szanse przeżycia (jako młodszego oficera) były bardzo małe. Wyszła za mnie w roku 1916, a John urodził się w 1917 (poczęty i donoszony podczas roku głodu i wielkiej kampanii U-bootów) mniej więcej w czasie bitwy pod Cambrai, kiedy koniec wojny wydawał się tak odległy, jak teraz. Sprzedałem, co mogłem, a pieniądze wydałem na prywatną klinikę, resztkę moich nielicznych południowoafrykańskich akcji, "moją ojcowiznę".

* Literatura była (aż do czasów współczesnej powieści) dziedziną głównie męską i wiele mówi się w niej o "pięknych i fałszywych". To w gruncie rzeczy oszczerstwo. Kobiety są ludźmi, a więc mogą być perfidne. Lecz w ramach rodziny ludzkiej, zestawione z mężczyznami nie są z zasady czy z natury perfidniejsze od nich. Wręcz przeciwnie. Tylko że kobiety mogą się załamać, jeśli poprosi się je, by "czekały" na mężczyznę zbyt długo, kiedy młodość (tak cenna i konieczna dla przyszłej matki) szybko przemija. Właściwie nie powinno się ich prosić, by czekały.

** Honour Moderations, pierwszy z dwóch egzaminów na stopień naukowy (przyp. tłum.)

Z mroku mojego życia, tak bardzo zawiłego, stawiam przed Tobą jedną wielką rzecz, którą trzeba kochać na ziemi: Najświętszy Sakrament..... Tam znajdziesz romantyzm, chwałę, honor, wierność, prawdziwą ścieżkę wszystkich swoich miłości na świecie i coś więcej: Śmierć: dzięki boskiemu paradoksowi tę, która kończy życie i żąda oddania wszystkiego, a jednak dzięki smakowi (lub przedsmakowi) której można utrzymać to, czego poszukujesz w ziemskich związkach (miłość, wierność, radość) lub nadać mu ten charakter rzeczywistości, wiecznej trwałości, której każdy człowiek pragnie z głębi duszy.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Kochaj drugiego człowieka jak siebie samego!

Słowo bliźni oznacza 'człowieka nam bliskiego, tzn. każdego, z którym się kontaktujemy w życiu codziennym, do którego powinniśmy się odnosić przyjaźnie'. Słowo pochodzi od staropolskiego blizu 'blisko'. Bliźni to nie jest po prostu ktoś bliski naszemu sercu. To raczej ktoś znajdujący się blisko. Bliźnim może być lubiany lub nielubiany sąsiad, polityk, ksiądz, ateista. Trzeba kochać swojego sąsiada, bliźniego, po prostu drugiego człowieka jak siebie samego...

W języku angielskim bliźni to po prostu neigbour 'sąsiad' od staroangielskiego neah 'blisko' + -gebur 'mieszkaniec'. Po łacinie proximus, po grecku plesion.

A w języku elfów to w sindarinie sammar lub ahamar 'blisko-mieszkający', a w quenya armaro lub asambar 't.s.' (VT nr 28, str. 20)

Jak podobne są słowa sammar i Samarytanin! To oczywiście przypadek, ale czy w Śródziemiu są przypadki...?

Przypowieść o miłosiernym Samarytaninie, który znajdował się na drodze prowadzącej do Jerycha włącza wszystkich bez wyjątku do kręgu adresatów i podmiotów miłości bliźniego. Biblijnym uzasadnieniem tego nauczania Jezusa jest rozpoznanie w każdym człowieku obrazu Bożego...

Chrześcijanin jest ateistą

Czytam właśnie świadectwa o chrześcijanach z II i III w. Swetoniusz, Tacyt, Pliniusz i Trajan, Tertulian i Hadrian, Apulejusz, Lukian i Eliusz Arystydes, Epiktet, Marek Aureliusz, Galen, a wreszcie Celsus. Pogarda, plotka, oszczerstwo i inwektywa. Jeden z poważnych zarzutów wobec nas to nasz... ATEIZM. Bo my nie wierzymy w bogów stworzonych przez ludzi na ludzkie podobieństwo. My ufamy INNEMU, NIENAZWANEMU, całkowicie TRANSCENDENTNEMU, który jednak nigdy nie jest obcy i daleki. Tak, powinniśmy pamiętać, że to my jesteśmy prawdziwymi ATEISTAMI. Maiestas. Mysterium tremendum et fascinans. Oddajemy życie Tajemnicy, która przekracza wszelkie ludzkie pojęcia, wszelkie ludzkie bóstwa i troski.

Polecam: Pierwsi świadkowie. Pisma Ojców Apostolskich, przekład. Anna Świderkówna, redakcja ks. Marek Starowieyski, Wydawnictwo "M"

piątek, 10 stycznia 2014

The Way We Were...

Już po treningu akrobatycznym na AWF-ie (wiem, dla osób spoza capoeiry może to zabrzmieć bardzo poważnie. Niech zabrzmi. Ale te treningi są bardzo fajne...). Jutro wracam do siłowni. Trzeba znowu mocniej wziąć się za siebie, żeby zrzucić to, co nabrało się w czasie 12 dni Chrismastide (miałem w tym roku dwie Wigilie i dwa Boże Narodzenia - katolickie i prawosławne)...

Proponuję fajną zabawę. Znacie listę przebojów czasopisma "Billboard"? To najbardziej prestiżowa lista przebojów na świecie! No więc wybieracie z tej strony:


... rok swojego urodzenia, a potem szukacie, jaki przebój był na pierwszym miejscu w tygodniu, gdy się urodziliście. I szukacie go na Youtube. Wklejacie u mnie w komentarzach i przekazujecie naszą zabawę dalej! Zapraszam! Oto przebój mojego czasu urodzenia: Barbara Streisand "The Way We Were".



"Wspomnienia
Oświetlają kąty mojego umysłu
Mgliste akwarelowe wspomnienia
Tego, jacy byliśmy
Rozproszone obrazy
Uśmiechów, które zostawiliśmy za sobą
Uśmiechów, które dawaliśmy sobie nawzajem
Po to, jacy byliśmy

Czy to możliwe, że wszystko było wtedy tak proste?
Czy też czas przepisał każdą linijkę?
Gdybyśmy mieli szansę, by zrobić to wszystko jeszcze raz
Powiedz mi – Zrobilibyśmy? Potrafilibyśmy?

Wspomnienia
Mogą być piękne, a jednocześnie
Co jest zbyt bolesne, by to zapamiętać
Po prostu wybraliśmy zapomnienie

Więc ten śmiech
Będziemy pamiętać
Zawsze, gdy wspomnimy
To, jacy byliśmy

Więc ten śmiech
Będziemy pamiętać
Zawsze, gdy wspomnimy
To, jacy byliśmy"

Mroczna Puszcza jest tu!

Alan Lee, "Mroczna Puszcza"

Zaprezentuję pewną ciekawostkę językową. Dotyczy ona wiedzy mieszkańców Anglii wczesnośredniowiecznej o ziemiach dzisiejszej Polski w czasach późnej starożytności i wczesnego średniowiecza. Oto ciekawy fragment z pewnego anglosaksońskiego poematu w dwóch alternatywnych tłumaczeniach Fisiaka (językoznawcy) i Labudy (historyka):
Wulfhere sohte ic ond Wyrmhere; ful oft þær wig ne alæg, þonne Hræda here heardum sweordum ymb Wistlawudu wergan sceoldon ealdne eþelstol ætlan leodum. 
'Wulfhera nawiedziłem i Wyrmhera, często tam walka nie ustawała, kiedy Hredów wojsko twardym mieczem obok Gotów Wiślańskich puszczy bronić musiało, starej ojczyzny, przed wojami Attyli.' 
(tłum. J. Fisiak w: Emendacje polskiego przekładu tekstów staroangielskich w zbiorze A. Bielowskiego..., str. 82-85 - patrz Przypis na końcu artykułu)
'Wulfhera odwiedziłem i Wyrmhera; tam bardzo często rozbrzmiewał szczęk broni, ponieważ wojska Hraedhów mieczami ostrymi musiały bronić koło lasów nadwiślańskich starych siedzib ojczystych przed ludami Aetli.' 
(tłum. Gerard Labuda w: Źródła skandynawskie i anglosaskie do dziejów Słowiańszczyzny, str. 155-156) 

Ten anglosaski fragment pochodzi z wczesnośredniowiecznego poematu Widsith, którego powstanie datuje się na wieki VII-X (większość opracowań przyjmuje jako czas powstania wiek VII; najpóźniejszy władca wymieniony w Widsith to król Alboin-Ælfwine 'Przyjaciel Elfów' który zmarł ok. 573 r.). Pochodzi on ze zbioru tekstów anglosaskich zawartych w Exeter Book, która to księga powstała w X w. (stąd też najbardziej pesymistyczne datowania przypisują powstanie Widsitha na X wiek). Widsith to opis wędrówek germańskiego minstrela, który wymienia żyjących w jego epoce bohaterów. Choć poemat to przede wszystkim katalog żyjących w wiekach IV-VI władców, bohaterów i ludów, Widsith jest jak okno, które pozwala nam spojrzeć na ustne tradycje germańskiej poezji - dziś już całkiem zapomniane. Utwór ten łączy się w szczególny sposób z ukochanym przez Tolkiena Beowulfem. Wiele postaci znanych z Beowulfa opisanych jest też w tym poemacie. Sam Profesor wielokrotnie cytował Widsitha w swoich pismach (np. w Finn and Hengest, The Lost Road, The Notion Club Papers, esejach o Beowulfie itd.). Liczne aluzje do zapomnianych wątków germańskich dziejów w tak mało poznanej epoce, która nastąpiła tuż po Wędrówkach Ludów, to wielkie bogactwo poematu Widsith. I warto z tego bogactwa czerpać tyle, ile to tylko możliwe. Anglosaskie i staroislandzkie/staronorweskie źródła do poznania najdawniejszych dziejów ziem dzisiejszej Polski to temat grząski. W polskich opracowaniach historycznych była to do niedawna zaniedbywana tematyka. Przyczyny ideologiczne - panujący w polskiej historiografii powojennej kurs antyniemiecki - nie pozwoliły rozwijać się swobodnie polskiej archeologii i historii okresu wczesnohistorycznego. Z drugiej strony istnieje oczywiście niebezpieczeństwo zbyt entuzjastycznego, nieobiektywnego podejścia do tych spraw. Warto przystanąć i zastanowić się nad tą kwestią zachowując rozsądek i spokój. Najbardziej pesymistycznie podchodził do wspomnianego wyżej fragmentu Widsitha Jerzy Strzelczyk (Goci - rzeczywistość i legenda, W-wa 1984, str. 393): 
Nauka polska, acz nie bez żalu, zrezygnowała po gruntownych badaniach Gerarda Labudy z traktowania poematu Widsith i Sagi o Harwarach jako źródeł do dziejów ziem polskich. 

Dobro i zło nie zmieniają się z biegiem lat (...)

W osobliwych czasach, tak samo jak w zwykłych, wiadomo, co się godzi - rzekł Aragorn - Dobro i zło nie zmieniają się z biegiem lat. I to samo znaczy dla ludzi, co dla krasnoludów albo elfów. Człowiek musi między dobrem i złem wybierać zarówno we własnym domu jak w Złotym Lesie. (Aragorn, WP II, str. 44) 
- Jak elf może osądzać ludzi? - zapytał Túrin. - Tak, jak osądza wszystkie czyny, bez względu na to, kto jest ich sprawcą - odrzekł Beleg” (DH, str. 92)
Zapraszam do lektury tekstu, który kiedyś ukazał się w naszym czasopiśmie tolkienowskim Simbelmynë (nr 28). Nosi on tytuł: "Pozostawali oni pod Prawem... - etyka i moralność mieszkańców Śródziemia".

Od wiatyku poprzez lembas do Viajantego

Mój przydomek - apelido - które otrzymałem od trenera capoeiry już dwa lata temu, to Viajante (czyt. wiażanczi) czyli 'Podróżnik'. Bardzo ciekawa, bo wiążąca się trochę z Tolkienem, jest etymologia tego słowa (oczywiście u mnie wszystko musi się kojarzyć albo z Tolkienem, albo z religią, albo z capoeirą ).

Słowo występuje w językach romańskich jako wł. viaggiante, hiszp. i port. viajante itd. Pochodzi od określenia podróży (np. hiszp. i port. viaje) + przyrostka osobowego -ante.

Samo viaje 'podróż' poprzez prowansalskie viatge (starofranc. veiage, fr. i ang. voyage) pochodzi od łacińskiego viatĭcum 'zaopatrzenie na podróż' (= sindarińskie lembas 'podróżny-chleb' [sic!], polskie wiatyk - słowo to miało też religijne znaczenie jako Komunia Święta), a w łacinie średniowiecznej 'podróż'. Sam przymiotnik łaciński viatĭcus, -a, -um 'podróżny' pochodzi od słowa via 'droga'.


Promo naszej grupy Iandê Capoeira Katowice (2012)

Mroczna Puszcza jako granica

Silua Marciana, czyli Mroczna Puszcza na starożytnej mapie z IV w.,
którą znamy jako Tabula Peutingeriana

Funkcja literackiej 'Mrocznej Puszczy' (piszę o niej na Forum Elendilich w temacie Tolkien, 'Widsith' i Wistlawudu) to funkcja lasu granicznego, przez który bohater musi przejść (spotykając wiele niebezpieczeństw) aby dotrzeć do zagranicznej krainy. W staropolskiej tradycji taki las nazywany był przesieką, czarnolasem itp. O znanej Przesiece Śląskiej czytamy:
Przesieka Śląska - niezasiedlony do późnego średniowiecza i trudny do przebycia pas gęstych lasów biegnący od Gór Złotych w kierunku południowo-wschodnim aż do okolic Głuchołaz, następnie wzdłuż górnego biegu Ścinawy i dolnego biegu Nysy Kłodzkiej do Odry, dalej wschodnim brzegiem rzeki Stobrawy, a od jej środkowego biegu na północny wschód w pobliże Byczyny.
Początkowo stanowiła granicę plemienną między Ślężanami a Opolanami. W XII wieku wzdłuż przesieki stanowiącej naturalną granicę regionu dokonano trwałego podziału Śląska na dzielnice górną (raciborsko-opolską Mieszka Plątonogiego) i dolną (wrocławską Bolesława Wysokiego).
Podobne lasy graniczne istniały w naszej części Europy również na terytorium germańskim. Stąd właśnie określenie łacińskie Silva Marciana, starowysokoniemieckie Miriquidui (u Thietmara), Mykrviðr (w źródłach nordyckich). Według jednej z teorii ich nazwy pochodzą od germańskiego określenia Granicznej Puszczy, pragerm. *mark-widuz (a nie Mrocznej Puszczy, pragerm. *merkwi-widuz 'mroczny-las').

Chciałbym zachęcić Was do rozważenia tych opisów Mrocznej Puszczy u Tolkiena, które ukazują ją jako granicę.

Uważność

Żyć to znaczy żyć chwilą obecną. Nie można żyć w przeszłości ani w przyszłości: można tylko o nich myśleć, spekulować, rozpamiętywać swoje żale, snuć nadzieję, żywić obawy. W tym czasie nie istniejemy. Regularne zwracanie się do chwili obecnej, by doświadczyć bogactwa naszego życia, sprawia, że żyjemy bardziej. Wiemy to, oczywiście, czytaliśmy o tym i słyszeliśmy; nawet tak myślimy. Ale to wszystko jest tylko czczą gadaniną: teraz trzeba to zrobić naprawdę! Nic nie zastąpi doświadczenia chwili obecnej.

Christophe André, Medytacja dzień po dniu. 25 lekcji uważnego życia,
Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2013, str. 29

Trzeba fantastycznej woli niewiary...

Trzeba fantastycznej woli niewiary, by sądzić, że Jezus tak naprawdę nigdy się „nie wydarzył”, a jeszcze większej jej dawki, by sądzić, że nie wypowiedział słów zapisanych jako Jego. Słów niemożliwych do „wymyślenia” przez nikogo na świecie w owych czasach: takich jak „pierwiej niż Abraham się stał, jam jest” (J 8,58). „Kto mnie widzi, widzi i Ojca (J 14.10); albo ustanowienie Przenajświętszego Sakramentu w Ewangelii wg św. Jana, rozdział 6: „Kto pożywa ciało moje, i pije krew moją, ma żywot wieczny”. Musimy zatem albo wierzyć w Niego i w to, co powiedział, i przyjąć tego konsekwencje, albo odrzucić go i przyjąć tego konsekwencje. Bardzo trudno mi uwierzyć, by ktokolwiek, kto choć raz przyjął Komunię z przynajmniej właściwą intencją, mógłby kiedykolwiek odrzucić Go, nie mając przy tym ogromnego poczucia winy (jakkolwiek tylko On zna każdą duszę i jej sytuację).

“It takes a fantastic will to unbelief to suppose that Jesus never really ‘happened’, and more to suppose that he did not say the things recorded of him – so incapable of being ‘invented’ by anyone in the world at that time: such as ‘before Abraham came to be I am’ (John viii). ‘He that hath seen me hath seen the Father’ (John ix); or the promulgation of the Blessed Sacrament in John v: ‘He that eateth my flesh and drinketh my blood hath eternal life’. We must therefore either believe in Him and in what he said and take the consequences; or reject him and take the consequences.”

 
J.R.R. Tolkien z listu do Michaela Tolkiena (1 listopada 1963 roku) 
 
Kadr z filmu "Pasja" Mela Gibsona

 

czwartek, 9 stycznia 2014

Metafizyczna topografia Tolkiena...

Na naszym forum Elendilich, w temacie pt. "Prosty podział na dobro i zło? Jednowymiarowe postaci?" zapytałem dzisiaj:
Dlaczego wielu współczesnym łatwiej jest dziś odnaleźć się w powieściach Sapkowskiego i Martina niż w książkach Tolkiena?
Spodobała mi się szczególnie ta odpowiedź. Jej autorem jest Kamil "Arathulion":
Nie żebym czytał Sapkowskiego czy Martina, ale pewnie dlatego, że ich światy to światy bez metafizyki, tak jak świat dzisiejszej publiczności: za każdym dobrem musi kryć się jakaś ironia, jakaś korzyść albo naiwność; świat jako taki nie ma sensu, to tylko nagromadzenie sytuacji, które można by skonfigurować w inny sposób. Myślę, że ludzie łatwiej przyjmują to ametafizyczne fantasy i drażni ich czasem Tolkien nie dlatego, że u Tolkiena są tylko nieskazitelnie dobrzy i paskudnie źli, tylko dlatego, że u Tolkiena wyczuwa się w ogóle jakąś metafizyczną topografię - jedni pną się ku poświęceniu, szlachetności, chwale i wiecznej pamięci, inni staczają się, wszyscy przeżywają wzloty i upadki, ale dokonuje się jakiś realny ruch, kierunki są prawdziwe, a nie umowne. W płytkim popularnym fantasy na miarę naszych czasów mamy do czynienia z kulami bilardowymi, które toczą się po płaskim stole, zderzenia bywają bolesne, ale w gruncie rzeczy to wszystko nie robi różnicy. Coraz więcej ludzi właśnie woli takie postawienie sprawy - to, czy ktoś dokonuje jakiegoś postępu albo czy upada ma być kwestią indywidualnej oceny, a nie odniesienia do tego, jaki świat po prostu jest. U Tolkiena zawsze obecny jest Trzeci Aktor wszystkich zdarzeń, nawet jeśli pozostaje milczący.

Zapewne i Tolkien, i Sapkowski i Martin opowiadają o ludziach, ale ci autorzy chyba różnie rozumieją prawdziwość tych ludzi - u dwóch ostatnich prawdziwy jest ten, kto pokazuje całe spektrum ludzkich możliwości z akcentem na to, co najniższe, najbardziej zepsute; u Tolkiena prawdziwy jest ten, kto właśnie swą osobą ujawnia tę metafizyczną, moralną, duchową topografię świata - czy to przez swój wzlot, czy to przez upadek. Ale to nie jest moralizatorstwo, to nie są zwykłe drogowskazy, raczej niezliczone ujęcia ludzi chwiejących się na stromej ścieżce, które maja ukazać widzowi, że grawitacja jest prawdziwa i że trzeba naprawdę patrzeć pod nogi.

Ewangeliczny katolicyzm.
Proszę mnie z tego rozliczać...

Jezus Chrystus - malował Heinrich Hofmann

«Weigel dowodzi, że ewangeliczny katolicyzm jest bardziej wymagający niż ten potrydencki, katechizmowo-dewocyjny. (...) Chodzi w gruncie rzeczy o powrót do tej wiary, która w początkach chrześcijaństwa „zwyciężyła pogański świat i dawała siłę pierwszym męczennikom”. (...) Weigel wylicza konkretne cechy charakterystyczne „ewangelicznego katolika”:
  1. osobista przyjaźń z Jezusem Chrystusem;
  2. uznanie autorytetu Bożego Objawienia, które trwa w historii w nauczaniu Kościoła;
  3. celebrowanie sakramentów jako Bożych środków uświęcenia życia;
  4. nieustanne nawracanie się (metanoia), czyli odrzucanie zła i większe zaangażowanie w czynną miłość bliźniego;
  5. szacunek dla starożytnych form liturgii połączonych z uznaniem autentycznej odnowy zgodnej z nauczaniem Soboru Watykańskiego II;
  6. czytanie Biblii jako żywego słowa Boga;
  7. szacunek dla hierarchii różnych powołań w Kościele;
  8. formowanie katolickiej kultury i zarazem bycie w kontrze wobec zsekularyzowanej kultury;
  9. czytelny głos w sferze publicznej, z umiejętnością wykazywania racjonalności przekonań opartych na Ewangelii;
  10. postawa czynnego wyczekiwania na powtórne przyjście Jezusa w chwale, która oznacza ogłaszanie Ewangelii dla zbawienia świata.» 

Źródło: http://gosc.pl/doc/1523081.Kosciol-bardziej-ewangeliczny

Edit: Dodaję Manifest wiary Kardynała Muellera: